wtorek, 26 lipca 2016

Rowerem przez Świat,

Wielu z nas marzy o dalekiej podróży. Gdzieś w głębi naszych myśli, co jakiś czas, pragniemy uciec od szarej codzienności w nieznane, przeżyć przygodę życia, doświadczyć czegoś nowego. Kiedy myślimy o takich podróżach, często chcemy, aby była ona spontaniczna. Jednocześnie priorytetem staję się odbieranie jak największej liczby bodźców, dlatego ważny jest dobór środka transportu. Mając w pamięci takie filmy jak chociażby „Gang Dzikich Wieprzy”, nasza pierwsza myśl kieruje się w stronę motocyklu. Wydaje się on nam najlepszym możliwym środkiem transportu. Jednak często zapominamy o czymś zdecydowanie tańszym, co pozwoli nam na jeszcze większe obcowanie z naturą- ROWERZE. Wydaje się to na pierwszy rzut oka absurdalne, ale wszystko zaczyna się w naszej głowie, dobre nastawienie to podstawa sukcesu, a nie ma barier, których nie możemy pokonać. Kilka lat temu w Polsce było głośno o śmiałych planach Damiana Drobyki, który w ciągu prawie sześciu miesięcy jazdy bez przerwy pokonał 19.521 kilometrów. A planował 30 tyś kilometrową trasę przez obie Ameryki. W radiowej trójce 4 lata temu można było wysłuchać niezwykłej historii o niepełnosprawnym rodaku z Łodzi (Panu Krzysztofie Jarzębskim), który pokonał trasę z San Francisco do Nowego Jorku, w sumie 4 680 km w 14 dni . Warto jeszcze wspomnieć wzruszającą historię Pana Mieczysława Parczyńskiego z Gdańska, który na mapie Polski wyrysował imię zmarłej żony - "Jadzia" . W ciągu 94 dni przejechał 5730 km.



Kiedy słyszymy te wszystkie historię, szukamy elementu wspólnego, zależności i powiązań, które je łączą. Wszystkie przedstawione we wstępie osoby to pasjonaci. Ale warto dodać, że w Skierniewicach, również możemy znaleźć kolarza, którego z czystym sumieniem możemy umieścić w tym Panteonie wielkich ludzi, dla których świat istnieje bez granic.  Z wielką przyjemnością zapraszam Państwa na rozmowę z Kamilem Gorzelakiem, tegorocznym maturzystą, o którym nie możemy z pewnością powiedzieć, że jest zwykłym człowiekiem. 

Mateusz Meszka: Pamiętam moją kuzynkę, która uczyła się jeździć na rowerze. Zaczynała w wieku 7 lat i już myśleliśmy, że jest za późno, kompletnie nie mogła sobie poradzić, powiedz mi kiedy ty zacząłeś? I czy od razu pokochałeś rower od pierwszej przejażdżki?
Kamil Gorzelak: Wiesz co, ciężko mi powiedzieć kiedy dokładnie zacząłem, ile miałem wtedy lat. Wydaje mi się, że miałem 6 może 5 lat.  Pamiętam, że moja pierwsza jazda skończyła się w stodole. Jednak kompletnie mnie to nie zniechęciło. Na szczęście skończyło się tylko na „guzie”. Uczył mniej mój tata i dziadek, pamiętam że trwało to dość długo. 
MM: Skąd to zamiłowanie do podróży? Czy za tym podróżowaniem nie kryje się coś głębszego: dziecięce marzenia, jakaś książka, która wybiła piętno na rozwijającej się osobowości, przypadkowy wyjazd, porzucenie przez tirowca gdzieś w Europie i survival po tym... Może są jakieś inne, mniej banalne przyczyny podróżowania? I Kto Kamil zaraził cię pasją do podróżowania akurat rowerem?
KG: Mój tata zaraził mnie tymi rowerowymi podróżami. To on zabrał mnie w pierwszą podróż, miałem wtedy około 9 lat. Od tego momentu jeździliśmy razem co rok, aż do tego roku. W tym roku postanowiłem się oderwać, dlatego w ostatnią podróż wybrałem się ze swoim przyjacielem, który lubi takie szalone pomysły. Rok temu braliśmy udział w maratonie, teraz jeździliśmy rowerem po Europie. 

MM: Za co lubisz rower? Co jest w nim najbardziej urzekającego? Czy można lepiej poczuć drogę czy ma może jeszcze  inne plusy?
KG:  To trudne pytanie, ale przede wszystkim WOLNOŚĆ. Szum opon, przestrzeń dookoła i brak ograniczeń. Rower pozwala mi się uspokoić, przemyśleć różne sprawy. Lubię też rywalizację, to że mogę się w jakiś sposób sprawdzić, po ścigać się ze znajomymi.
MM: "Nie planować" to według Wojciecha Cejrowskiego przepis na życie. Bo gdy się planuje i coś nie wyjdzie, to człowiek będzie żałował. A jak to wygląda w Twoim przypadku?
Jak długo się przygotowujesz do takiej podróży? O czym trzeba pamiętać? I co zabieracie ze sobą?
KG: To była zupełnie spontaniczna decyzja, ale właśnie takie podróże lubię od dawna. Z Kamilem rozmawialiśmy na Skype, gdy był na Cyprze. A bilety lotnicze kupiliśmy 3 dni od pierwszego pomysłu. Aby lepiej zobrazować jak bardzo była to spontaniczna decyzja, dodam tylko, że podróżowaliśmy bez żadnej mapy. Korzystaliśmy tylko z GPS-u w telefonie, ale poradziliśmy sobie. Ustaliliśmy jedynie 6 miast kluczy (m.in. Skopie, Belgrad, Saloniki, Koszyce), które przez całą podróż stanowiły kolejne małe cele, które przybliżały Nas do tego ostatniego, a jednocześnie dzięki nim do samego końca nie brakowało nam motywacji. Więc w pełni zgadzam się ze słowami Wojtka Cejrowskiego i uważam, że „spontan” jest najważniejszy. 
MM: Każdy kraj, ba nawet każda społeczność ma swoje tradycje i kulturę, normy zachowania.  A jakich ty mądrości nauczyłeś się w czasie podróży?
KG: Chociażby w Grecji, kiedy byliśmy na tradycyjnej greckiej kolacji, zasmakowałem ich tradycyjne dania, zobaczyłem zachowania przy stole. Najbardziej urzekła mnie na Bałkanach gościnność ludzi, troska o drugiego człowieka. Mimo, że byliśmy obcy, kiedy pod sklepem jedliśmy obiad, przechodnie pytali czy niczego nam nie brakuje, czy jesteśmy głodni, czy mamy pieniądze. Ta otwartość ludzka była niesamowita, przy milionie miłych sytuacji, nie spotkało nas nic przykrego. Przejeżdżając przez niemal połowę Europy, bez trudu można dostrzec zmieniające się zwyczaje i  kulturę. Bałkany były dzikie i dziewicze, natomiast Grecja, jako kolebka zachodniej cywilizacji, bardzo ucywilizowana.  Natomiast czym bardziej na północ, tym coraz chłodniejszy temperament, i coraz rzadziej spotykaliśmy się z życzliwym przyjęciem i gościnnością. Na Słowacji i Węgrzech praktycznie w ogóle tego nie zaznaliśmy. Śmieszne jest to, że na Węgrzech zupełnie nie mogliśmy się dogadać, węgierski to zdecydowanie trudny język, a angielskiego nikt nie znał, więc pozostało jedynie próbować na „migi”. W serwisie rowerowym podczas napraw mieliśmy związku z tym ogromne kłopoty. 

MM: Wiele podróżowałeś zarówno po Polsce jak i po świecie. Jaki był najdłuższy okres, kiedy nie było cię w kraju? Czy wtedy tęskniłeś za domem, rodzina, dziewczyną?
KG: Wydaje mi się, że to był właśnie nasz „Bałkański trip”, około 3 tygodni, zaczęło się wyjazdem do Grecji, potem dwa dni na przepakowanie się. A wcześniej byłem w Czechach, więc łącznie wyszło około 3 tygodni na rowerze. Nie tęskniłem, ponieważ w klasie maturalnej siedziałem tylko w domu i się uczyłem, bardzo brakowało mi tej wolności. Chciałem się wyciągnąć z domu, wcześniej nie mogłem swobodnie wyjść na rower, dlatego obiecałem sobie, że w wolnym czasie się wyjeżdżę.  Wiadomo czasem było ciężko i tęskniło się za rodziną i dziewczyną. Ponieważ taka 3 tygodniowa rozłąką jest dość długa. Jednak najbardziej brakowało mi domowych, polskich obiadów.
MM: Ile km pokonaliście? Czy kilometry dla kogoś, takiego jak ty, to poważny problem, można je przyrównać do pokonywania kolejnych barier, czy  towarzyszą Ci typowo turystyczne wrażenia?
KG: Od Aten do Skierniewic pokonałem dokładnie 2145km, w dwa tygodnie. Nie odczuwam zupełnie tych kilometrów, dystans nie był dla mnie żadnym problemem. Dziennie pokonywałem od 120 km do 207km. Planowaliśmy wrócić dzień później, ale nie chciało mi się prać bielizny i wróciłem do domu w jeden dzień. To był główny powód, nie tęsknota, nie kontuzja, tylko pranie skłoniło nas do powrotu.  Nie miałem kryzysów na trasie, choć pierwsza połowa trasy była bardzo trudna, ponieważ praktycznie do Belgradu musieliśmy ciągle wspinać się na wysokie góry i zjeżdżać. To było bardzo wyczerpujące.
MM: Jaka jest najbardziej ciekawa sytuacja, która spotkała Cię w czasie wyjazdu?
KG: Kiedy byliśmy w Rumunii, przypadkowo trafiliśmy na stypę. Była niedziela, wszystkie sklepy były zamknięte, my nie mieliśmy rumuńskiej waluty, a do tego byliśmy bardzo głodni i rozglądaliśmy się za miejscem, w którym będziemy mogli coś zjeść. Na początku myśleliśmy, że to wesele, ale potem okazało się, że Panny Młodej nie było. Po zakończonej stypie gospodarze zaprosili nas do domu, dość długo rozmawialiśmy i co mnie bardziej zdziwiło, bardzo popularny w Rumunii jest Daniel Olbrychski. Rumunii znają praktycznie wszystkie filmy w jakich grał. Zaczytują się również w dziełach Henryka Sienkiewicza, przedstawili mi ze szczegółami fabułę „Quo Vadis” i „Potopu”, czy mnie lekko zawstydzili. Ponieważ aktualnie nie są to lektury omawiane w każdej Polskiej szkole. Rozbawiła nas również podróż w Grecji autostopem. Byliśmy w wysokich górach, zapadał zmrok, a my mieliśmy aż 15km drogi. Wykończony leżałem na asfalcie, to był wyjątkowo upalny dzień, w tym momencie podjechał do Nas sympatyczny pan spytać czy się mi nic nie stało. Spytał się nas gdzie jedziemy i gdy usłyszał odpowiedź, mimiką zdradził, że będzie to misja samobójcza. Niestety nie mylił się, góra okazała się tak stroma, że 0,5km dalej prowadziliśmy rowery. Na szczęście spotkany Grek wracał i gdy nas zobaczył, bez zbędnych pytań czy chcemy, zapakował nasze rowery do swojego pick up-a, a my usiedliśmy z tyłu. Jednak zapewne domyślasz się jak mogła skończyć się szalona podróż górską drogą, pełną zakrętów.

MM: Czy jest jakieś wydarzenie, które kiedyś było przykre, a teraz możesz o nim opowiedzieć z lekkim uśmiechem?
KG: Jak też wspominałem na wstępnie, w czasie naszej wyprawy, nie spotkały nas żadne smutne, lub niemiłe sytuacje. Jedynie czułem dyskomfort, kiedy spaliśmy „na dziko” w Grecji, na plaży było bardzo głośno. Przez długi czas nie mogłem usnąć. Bałem się, czy gdy uśniemy nikt nas nie okradnie, usnąłem więc z pompką w ręku, abym miał się czym bronić. Teraz patrzę na to z lekkim uśmiechem, ponieważ uważam, że było to zupełnie niepotrzebne. Ludzie byli tak mili i sympatyczni, że pewnie nie przyszło im przez myśl, żeby nam coś zrobić. Śmieszna była sytuacja pod supermarketem w Rumunii. Zastanawiam się czy wyglądaliśmy aż tak źle, ale co jakiś czas ktoś pytał czy nie chcemy pieniędzy. Więc musieliśmy przypominać biedaków. 

MM: Czy masz takie miejsce, które Ci się szczególnie spodobało i do którego chciałbyś wrócić? Sprawdzić czy zaszły ogromne zmiany? Czy pozostały one takie jak w twoich wspomnieniach?
KG: Jeśli mam być szczery, świat jest zbyt duży. Jest zbyt wiele miejsc, które chciałbym jeszcze zobaczyć, żeby wracać do miejsc, w których już byłem. Na pewno było wiele pięknych miejsc, ale wierzę, że jeszcze więcej jest ich przede mną. 
MM: Czy jest coś z czym wracasz z każdej podróży? Niektórzy wracają z muszlami inni z kluczami hotelowymi a jeszcze inni z ręcznikami. Jak to wygląda w twoim wypadku?
KG: Nie mam niczego takiego, natomiast wziąłem jeden plastikowy nóż z czym wiąże się śmieszna historia. Wszystko wzięło się z potrzeby, spaliśmy wtedy pierwszą noc w Atenach, ze względu na limit bagażu nasze sztućce zostały w Polsce, dlatego pożyczyliśmy od gospodarza jeden plastikowy nóż, mamy nadzieje, że się nie obraził. Mamy jego adres, więc zamierzamy mu go kiedyś odesłać. W ramach dygresji chciałbym tylko wspomnieć pewną sytuację, kiedy chcieliśmy udać się do sklepu zrobić zakupy, żeby przygotować sobie kolację. Gospodarz kazał nam zostać w domu i powiedział, że on wszystko kupi. Ponieważ jesteśmy jego gośćmi i honor nie pozwala mu na to, abyśmy nie dostali żadnego posiłku. Dostaliśmy od niego również bilety na komunikację miejską, tradycyjne greckie przyprawy i ikonę Maryi, która miała się nami opiekować do końca wyprawy. Warto tylko na koniec dodać, że gospodarz był 30 letnim strażakiem, co ciekawe skończył teologię i miał 5 dzieci. Oglądaliśmy wspólnie mecz Polska- Niemcy, analiza trwała do około 00:30. Nie zabrakło również rozmów na temat różnic między nami, naszymi kulturami.  
MM: W jaki najdalszy zakątek świata chciałbyś pojechać i dlaczego?
KG: To pytanie jest dla mnie o tyle trudne, że od razu nasunęło mi się milion różnych miejsc, które chciałbym zobaczyć. Na pewno Stany Zjednoczone i Hiszpania. Jeśli rowerem to zdecydowanie Hiszpania i Włochy. Uwielbiam Włoskie Alpy, są wyjątkowe.
MM: Jakie są 3 cechy charakteru, jakie powinna mieć osoba decydująca się na taką wyprawę? I jak ważne jest pozytywne nastawienie.
KG: Pozytywne nastawienie to 80% sukcesu. Wszystko rozgrywa się w naszej głowie. Ból, zmęczenie, własne słabości, z tym wszystkim można sobie poradzić kiedy mamy pozytywne nastawienie. Jeżeli chodzi o cechy charakteru, moim zdaniem ważne jest aby być spontanicznym. Upartość „woła” i wytrwałość, też jest bardzo ważna. Tak na marginesie dodałbym jeszcze otwartość, jako bardzo istotną cechę. W podróży ważne jest aby nawiązywać kontakty z nieznajomymi, dzięki czemu zawsze możemy liczyć na czyjąś pomoc, czasem niezbędną do kontunuowania wyprawy.
MM: W swoim życiu odbyłeś już nie jedną wyprawę, ale mnie najbardziej interesuje ta ostatnia. Czy mógłbyś opowiedzieć ją dzień po dniu? Emocje, które wam towarzyszyły i sytuacje, które spotykały?
KG:  Sporo zdradziłem między wierszami. Pierwszy etap prowadził z Aten do Salonik. Zajął nam 4 dni, pod względem trudności, to był zdecydowanie najgorszy odcinek. Pokonywaliśmy długie i strome podjazdy, a do tego było niezwykle upalnie. Głównie nocowaliśmy na kempingach, Grecja żyje z turystki, więc byliśmy naprawdę zadowoleni. Raz jak już wspominałem nocowaliśmy na plaży. Im dalej „w las” tym było gorzej, zdarzyło nam się spać w motelu w Serbii. Byliśmy wtedy w wysokich górach, prowadziła tam jedna droga i została nas noc, dlatego byliśmy skazani na motel. Ale muszę podkreślić, że to była bardzo tania wycieczka 2,5 tygodnia kosztowało nas niecałe 1 tyś 500 zł i zobaczyliśmy pół Europy. Dalej z Salonik, udaliśmy do stolicy Macedonii. Skopie przywitały nas po 6 dniach. Po 2 dniach drogi od Salonik. Tam było zdecydowanie chłodniej i klimat był dla Nas bardziej przyjazny, Macedonia nas bardzo urzekła widokami, które dla mnie były lepsze od tych Greckich, a pomimo to jest to kraj bardzo pomijany jeśli chodzi o turystykę. Był tam 30 km etap podróży, który musieliśmy pokonać pociągiem, więc w sumie w czasie podróży wykorzystaliśmy wszystkie środki transportu, wszystko przez autostradę, która była jedyną drogą, a jednocześnie jak wiadomo rowerem po autostradzie jeździć nie można. Jechaliśmy pociągiem nocą przez wąwóz.
Następnie trafiliśmy do Belgradu. Tam licznik wybił połowę dystansu. Zrobiliśmy sobie dzień przerwy, aby pozwiedzać miasto. Odbywał się w tym czasie mecz Polska – Szwajcaria, którego nie mogliśmy sobie odmówić. I tym o to sposobem trafiliśmy do Pub-u, gdzie byliśmy otoczeni przez grupkę Szwajcarskich kibiców. Niestety kiedy cieszyliśmy się po strzelonej bramce jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Ale po meczu okazało się, że to bardzo mili ludzie i przez resztę wieczoru zacieśnialiśmy przyjaźń Polsko-Szwajcarską. Dalej przyszedł czas na najbardziej monotonny etap, przez Serbię, Rumunię i Węgry. Gdzie było płasko, droga przypominała odrysowaną od linijki, 20 km bez zakrętów, po prawej stronie ciągnął się aż po horyzont pas kukurydzy.  Natomiast po lewo rzepak co jakiś czas przedzielony od czasu do czasu zbożem. Jedyną atrakcją było wyścigi z traktorami i łapanie się przyczep, aby Nas trochę podwieźli. Wtedy zaczęły się lekkie kryzysy i bóle. Zerwał się porywisty wiatr, który wręcz miejscami uniemożliwiał dalszą jazdę. W czasie drogi przez Słowację, tam niestety Kamil zrezygnował z dalszej jazdy. Został chwilowo sam, ale w raz z misją ratunkową dojechał do Nas mój tata, który podmienił Kamila, dzięki czemu nie musiał jechać sam. Dobrze się złożyło, że tata miał wolne, a on również uwielbia jeździć i sam mnie tym zaraził, dlatego był bardzo zadowolony kiedy opowiadałem mu o swoich planach wyjazdu i z przyjemnością do mnie dołączył.  Od granicy Polskiej jechaliśmy około 3 dni, pokonując ostatni odcinek około 460 km. To była niezapomniana przygoda, którą będę pamiętał do końca życia. Jednocześnie bardzo rośnie poczucie własnej wartości. Można poczuć, że wszystko jest do zrobienia trzeba tylko chcieć!
MM: Czy rower jest wygodnym środkiem lokomocji? Czy z każdym dniem słyszał od ciebie coraz mniej miłe komplementy?
KG: Jest wygodny i dosyć komfortowy. Są różnice między rowerem i rowerem. Ja korzystam z roweru trekkingowego, który ma liczne przystosowania do takich dalekich podróży, np. grubsze bardziej wytrzymałe na uszkodzenie opony, liczne sakwy, jadąc mam bardziej wyprostowaną pozycję niż na zwykłym rowerze szosowym, co pozytywnie wpływa na kondycję mojego kręgosłupa. Jednak w czasie tak długiej podróży, od pewnego momentu zawsze doskwiera ból, mnie najbardziej bolały nadgarstki, w sumie minęło półtora tygodnia od naszego powrotu a ja nadal ich nie czuję dłoni. Kilka razy byłem zły na rower, i użyłem o nich słów, których nie powinienem. Mieliśmy po drodze kilka awarii, na szczęście wzięliśmy ze sobą sporo części zamiennych i udało nam się wszystko naprawić.
MM: Na moje kolejne pytanie, już właściwie po części odpowiedziałeś, bo chciałem spytać z czego korzystacie planując podróż, jednak mimo, że nie mieliście żadnych map, wybierając miasta klucze czy część trasy, korzystałeś z przewodników turystycznych lub przeglądałeś fora internetowe?   
KG: W planowaniu ograniczamy się jedynie do Google Maps. Miasta klucze były po drodze, dlatego wybór był prosty, a jak też wspominałem, kluczowe jest aby utrzymać motywację, bo bez niej realizacja głównego celu wydaje się nie możliwa. Jedynym zaplanowanym punktem do A do Z był nasz wylot do Aten. Kupiliśmy bilety, rozłożyliśmy rowery, spakowaliśmy je do ogromnego pudła i polecieliśmy. Na miejscu zostaliśmy chyba znienawidzeni przez pasażerów na lotnisku, ponieważ nasz karton zablokował się na taśmie, blokując innym walizki. Potem w warunkach mocno polowych o piątej nad ranem składaliśmy nasze rowery na lotnisku, by wybrać się z naszym 40 kg bagażem w dalszą drogę. Wzięliśmy tylko najbardziej potrzebne rzeczy a mimo to, w czasie podjazdów pod górę czuliśmy jak grawitacja do spółki z rzeczami w sakwach ciągnie nas w dół.
MM: Czy jadąc rowerem człowiek czuje samotność? Czy rower to świetna okazja, żeby przemyśleć różne sprawy?
KG: Czasami czuję samotność, ale mi to kompletnie nie przeszkadza. Jeśli mam być szczery odpowiadając na to pytanie, wszystkie ważne decyzje w swoim życiu podjąłem, jadąc rowerem. Człowiek ma czas żeby wszystko sobie na spokojnie poukładać, przeanalizować różne „za” i „przeciw. A jednocześnie możemy spojrzeć na różne sprawy z dystansem i przymrużeniem oka. To pozwala nam uniknąć podjęcia pochopnych decyzji, których w przyszłości moglibyśmy żałować. Lubię ten sposób podejmowania decyzji, oswojenia się z problemami.
MM: Czy planujesz już kolejną podróż i jeśli tak to kiedy i dokąd?
KG: Nie to wszystko wychodzi spontanicznie. W ten weekend jadę w tatry pojeździć po górach i poprzyglądać się Tour de Pologne, natomiast jeśli chodzi o taki dłuższy wyjazd być może we wrześniu. Czas pokaże…
MM: Na koniec chciałbym spytać, jaką trasę w okolicy polecisz naszym Czytelnikom?
KG: Jasne, mam idealną trasę dla każdego! Nazywamy ją „klasyczny poniedziałek”, ponieważ jeździmy nią tylko w poniedziałek. Zaczynamy od Balcerowa i kierujemy się w stronę Strobowa. Potem mijamy Rzeczków, Kwasowiec, w stronę Franciszkan, jedziemy koło Trzciannej. Przecinamy drogę wojewódzką koło stacji paliw w Strzybodze. Pętle kończymy w Strobowie. Cała trasa ma około 20km, my pokonujemy ją około 3 razy. Co warte uwagi, trasa jest zróżnicowana. Cały czas jedziemy pod górkę, lub z górki co w naszym województwie jest rzeczą niespotykaną i wyjątkową. Dlatego ta trasa cieszy się niezwykłą popularnością, przyjeżdżają tam kolarze z okolic, Łowicza, Głowna, Kutna. Od 3 do 4 razy do roku są organizowane tam wyścigi. Droga jest bezpieczna, ponieważ  ruch jest mały, jednocześnie jest bardzo dobry asfalt. Więc serdecznie zapraszam i mam nadzieję, że spotkamy się na Kwasowcu!








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz