Wielu z nas marzy o dalekiej podróży. Gdzieś w głębi
naszych myśli, co jakiś czas, pragniemy uciec od szarej codzienności w
nieznane, przeżyć przygodę życia, doświadczyć czegoś nowego. Kiedy myślimy o
takich podróżach, często chcemy, aby była ona spontaniczna. Jednocześnie
priorytetem staję się odbieranie jak największej liczby bodźców, dlatego ważny
jest dobór środka transportu. Mając w pamięci takie filmy jak chociażby „Gang
Dzikich Wieprzy”, nasza pierwsza myśl kieruje się w stronę motocyklu. Wydaje
się on nam najlepszym możliwym środkiem transportu. Jednak często zapominamy o
czymś zdecydowanie tańszym, co pozwoli nam na jeszcze większe obcowanie z
naturą- ROWERZE. Wydaje się to na pierwszy rzut oka absurdalne, ale wszystko
zaczyna się w naszej głowie, dobre nastawienie to podstawa sukcesu, a nie ma
barier, których nie możemy pokonać. Kilka lat temu w Polsce było głośno o
śmiałych planach Damiana Drobyki, który w ciągu prawie sześciu miesięcy jazdy
bez przerwy pokonał 19.521 kilometrów. A planował 30 tyś kilometrową trasę
przez obie Ameryki. W radiowej trójce 4 lata temu można było wysłuchać
niezwykłej historii o niepełnosprawnym rodaku z Łodzi (Panu Krzysztofie
Jarzębskim), który pokonał trasę z San Francisco do Nowego Jorku, w sumie 4 680
km w 14 dni . Warto jeszcze wspomnieć wzruszającą historię Pana Mieczysława
Parczyńskiego z Gdańska, który na mapie Polski wyrysował imię zmarłej żony -
"Jadzia" . W ciągu 94 dni przejechał 5730 km.
Kiedy słyszymy te wszystkie historię, szukamy elementu wspólnego, zależności i powiązań, które je łączą. Wszystkie przedstawione we wstępie osoby to pasjonaci. Ale warto dodać, że w Skierniewicach, również możemy znaleźć kolarza, którego z czystym sumieniem możemy umieścić w tym Panteonie wielkich ludzi, dla których świat istnieje bez granic. Z wielką przyjemnością zapraszam Państwa na rozmowę z Kamilem Gorzelakiem, tegorocznym maturzystą, o którym nie możemy z pewnością powiedzieć, że jest zwykłym człowiekiem.
Mateusz
Meszka: Pamiętam moją kuzynkę, która uczyła się jeździć na rowerze. Zaczynała w
wieku 7 lat i już myśleliśmy, że jest za późno, kompletnie nie mogła sobie
poradzić, powiedz mi kiedy ty zacząłeś? I czy od razu pokochałeś rower od
pierwszej przejażdżki?
Kamil
Gorzelak: Wiesz co, ciężko mi powiedzieć kiedy dokładnie zacząłem, ile
miałem wtedy lat. Wydaje mi się, że miałem 6 może 5 lat. Pamiętam, że moja pierwsza jazda skończyła
się w stodole. Jednak kompletnie mnie to nie zniechęciło. Na szczęście skończyło
się tylko na „guzie”. Uczył mniej mój tata i dziadek, pamiętam że trwało to
dość długo.
MM:
Skąd
to zamiłowanie do podróży? Czy za tym podróżowaniem nie kryje się coś
głębszego: dziecięce marzenia, jakaś książka, która wybiła piętno na
rozwijającej się osobowości, przypadkowy wyjazd, porzucenie przez tirowca
gdzieś w Europie i survival po tym... Może są jakieś inne, mniej banalne
przyczyny podróżowania? I Kto Kamil zaraził cię pasją do podróżowania akurat
rowerem?
KG:
Mój tata zaraził mnie tymi rowerowymi podróżami. To on zabrał mnie w pierwszą
podróż, miałem wtedy około 9 lat. Od tego momentu jeździliśmy razem co rok, aż
do tego roku. W tym roku postanowiłem się oderwać, dlatego w ostatnią podróż
wybrałem się ze swoim przyjacielem, który lubi takie szalone pomysły. Rok temu
braliśmy udział w maratonie, teraz jeździliśmy rowerem po Europie.
MM:
Za
co lubisz rower? Co jest w nim najbardziej urzekającego? Czy można lepiej
poczuć drogę czy ma może jeszcze inne
plusy?
KG: To trudne pytanie, ale przede wszystkim
WOLNOŚĆ. Szum opon, przestrzeń dookoła i brak ograniczeń. Rower pozwala mi się
uspokoić, przemyśleć różne sprawy. Lubię też rywalizację, to że mogę się w
jakiś sposób sprawdzić, po ścigać się ze znajomymi.
MM:
"Nie
planować" to według Wojciecha Cejrowskiego przepis na życie. Bo gdy się
planuje i coś nie wyjdzie, to człowiek będzie żałował. A jak to wygląda w Twoim
przypadku?
Jak długo się przygotowujesz do takiej
podróży? O czym trzeba pamiętać? I co zabieracie ze sobą?
KG: To
była zupełnie spontaniczna decyzja, ale właśnie takie podróże lubię od dawna. Z
Kamilem rozmawialiśmy na Skype, gdy był na Cyprze. A bilety lotnicze kupiliśmy
3 dni od pierwszego pomysłu. Aby lepiej zobrazować jak bardzo była to
spontaniczna decyzja, dodam tylko, że podróżowaliśmy bez żadnej mapy.
Korzystaliśmy tylko z GPS-u w telefonie, ale poradziliśmy sobie. Ustaliliśmy
jedynie 6 miast kluczy (m.in. Skopie, Belgrad, Saloniki, Koszyce), które przez
całą podróż stanowiły kolejne małe cele, które przybliżały Nas do tego ostatniego,
a jednocześnie dzięki nim do samego końca nie brakowało nam motywacji. Więc w
pełni zgadzam się ze słowami Wojtka Cejrowskiego i uważam, że „spontan” jest
najważniejszy.
MM: Każdy kraj, ba nawet każda społeczność ma
swoje tradycje i kulturę, normy zachowania.
A jakich ty mądrości nauczyłeś się w czasie podróży?
KG:
Chociażby w Grecji, kiedy byliśmy na tradycyjnej greckiej kolacji, zasmakowałem
ich tradycyjne dania, zobaczyłem zachowania przy stole. Najbardziej urzekła
mnie na Bałkanach gościnność ludzi, troska o drugiego człowieka. Mimo, że
byliśmy obcy, kiedy pod sklepem jedliśmy obiad, przechodnie pytali czy niczego
nam nie brakuje, czy jesteśmy głodni, czy mamy pieniądze. Ta otwartość ludzka
była niesamowita, przy milionie miłych sytuacji, nie spotkało nas nic
przykrego. Przejeżdżając przez niemal połowę Europy, bez trudu można dostrzec
zmieniające się zwyczaje i kulturę.
Bałkany były dzikie i dziewicze, natomiast Grecja, jako kolebka zachodniej
cywilizacji, bardzo ucywilizowana. Natomiast
czym bardziej na północ, tym coraz chłodniejszy temperament, i coraz rzadziej
spotykaliśmy się z życzliwym przyjęciem i gościnnością. Na Słowacji i Węgrzech
praktycznie w ogóle tego nie zaznaliśmy. Śmieszne jest to, że na Węgrzech
zupełnie nie mogliśmy się dogadać, węgierski to zdecydowanie trudny język, a
angielskiego nikt nie znał, więc pozostało jedynie próbować na „migi”. W
serwisie rowerowym podczas napraw mieliśmy związku z tym ogromne kłopoty.
MM:
Wiele
podróżowałeś zarówno po Polsce jak i po świecie. Jaki był najdłuższy okres,
kiedy nie było cię w kraju? Czy wtedy tęskniłeś za domem, rodzina, dziewczyną?
KG:
Wydaje mi się, że to był właśnie nasz „Bałkański trip”, około 3 tygodni,
zaczęło się wyjazdem do Grecji, potem dwa dni na przepakowanie się. A wcześniej
byłem w Czechach, więc łącznie wyszło około 3 tygodni na rowerze. Nie
tęskniłem, ponieważ w klasie maturalnej siedziałem tylko w domu i się uczyłem,
bardzo brakowało mi tej wolności. Chciałem się wyciągnąć z domu, wcześniej nie
mogłem swobodnie wyjść na rower, dlatego obiecałem sobie, że w wolnym czasie się
wyjeżdżę. Wiadomo czasem było ciężko i
tęskniło się za rodziną i dziewczyną. Ponieważ taka 3 tygodniowa rozłąką jest
dość długa. Jednak najbardziej brakowało mi domowych, polskich obiadów.
MM:
Ile
km pokonaliście? Czy kilometry dla kogoś, takiego jak ty, to poważny problem,
można je przyrównać do pokonywania kolejnych barier, czy towarzyszą Ci typowo turystyczne wrażenia?
KG: Od Aten do Skierniewic pokonałem
dokładnie 2145km, w dwa tygodnie. Nie odczuwam zupełnie tych kilometrów, dystans
nie był dla mnie żadnym problemem. Dziennie pokonywałem od 120 km do 207km.
Planowaliśmy wrócić dzień później, ale nie chciało mi się prać bielizny i
wróciłem do domu w jeden dzień. To był główny powód, nie tęsknota, nie
kontuzja, tylko pranie skłoniło nas do powrotu. Nie miałem kryzysów na trasie, choć pierwsza
połowa trasy była bardzo trudna, ponieważ praktycznie do Belgradu musieliśmy
ciągle wspinać się na wysokie góry i zjeżdżać. To było bardzo wyczerpujące.
MM:
Jaka
jest najbardziej ciekawa sytuacja, która spotkała Cię w czasie wyjazdu?
KG: Kiedy byliśmy w Rumunii,
przypadkowo trafiliśmy na stypę. Była niedziela, wszystkie sklepy były
zamknięte, my nie mieliśmy rumuńskiej waluty, a do tego byliśmy bardzo głodni i
rozglądaliśmy się za miejscem, w którym będziemy mogli coś zjeść. Na początku
myśleliśmy, że to wesele, ale potem okazało się, że Panny Młodej nie było. Po
zakończonej stypie gospodarze zaprosili nas do domu, dość długo rozmawialiśmy i
co mnie bardziej zdziwiło, bardzo popularny w Rumunii jest Daniel Olbrychski.
Rumunii znają praktycznie wszystkie filmy w jakich grał. Zaczytują się również
w dziełach Henryka Sienkiewicza, przedstawili mi ze szczegółami fabułę „Quo
Vadis” i „Potopu”, czy mnie lekko zawstydzili. Ponieważ aktualnie nie są to
lektury omawiane w każdej Polskiej szkole. Rozbawiła nas również podróż w
Grecji autostopem. Byliśmy w wysokich górach, zapadał zmrok, a my mieliśmy aż
15km drogi. Wykończony leżałem na asfalcie, to był wyjątkowo upalny dzień, w
tym momencie podjechał do Nas sympatyczny pan spytać czy się mi nic nie stało.
Spytał się nas gdzie jedziemy i gdy usłyszał odpowiedź, mimiką zdradził, że
będzie to misja samobójcza. Niestety nie mylił się, góra okazała się tak
stroma, że 0,5km dalej prowadziliśmy rowery. Na szczęście spotkany Grek wracał
i gdy nas zobaczył, bez zbędnych pytań czy chcemy, zapakował nasze rowery do
swojego pick up-a, a my usiedliśmy z tyłu. Jednak zapewne domyślasz się jak
mogła skończyć się szalona podróż górską drogą, pełną zakrętów.
MM: Czy jest jakieś wydarzenie, które kiedyś
było przykre, a teraz możesz o nim opowiedzieć z lekkim uśmiechem?
KG: Jak też wspominałem na wstępnie, w
czasie naszej wyprawy, nie spotkały nas żadne smutne, lub niemiłe sytuacje.
Jedynie czułem dyskomfort, kiedy spaliśmy „na dziko” w Grecji, na plaży było
bardzo głośno. Przez długi czas nie mogłem usnąć. Bałem się, czy gdy uśniemy
nikt nas nie okradnie, usnąłem więc z pompką w ręku, abym miał się czym bronić.
Teraz patrzę na to z lekkim uśmiechem, ponieważ uważam, że było to zupełnie niepotrzebne.
Ludzie byli tak mili i sympatyczni, że pewnie nie przyszło im przez myśl, żeby
nam coś zrobić. Śmieszna była sytuacja pod supermarketem w Rumunii. Zastanawiam
się czy wyglądaliśmy aż tak źle, ale co jakiś czas ktoś pytał czy nie chcemy
pieniędzy. Więc musieliśmy przypominać biedaków.
MM:
Czy
masz takie miejsce, które Ci się szczególnie spodobało i do którego chciałbyś
wrócić? Sprawdzić czy zaszły ogromne zmiany? Czy pozostały one takie jak w
twoich wspomnieniach?
KG: Jeśli mam być szczery, świat jest
zbyt duży. Jest zbyt wiele miejsc, które chciałbym jeszcze zobaczyć, żeby
wracać do miejsc, w których już byłem. Na pewno było wiele pięknych miejsc, ale
wierzę, że jeszcze więcej jest ich przede mną.
MM:
Czy
jest coś z czym wracasz z każdej podróży? Niektórzy wracają z muszlami inni z
kluczami hotelowymi a jeszcze inni z ręcznikami. Jak to wygląda w twoim
wypadku?
KG:
Nie mam niczego takiego, natomiast wziąłem jeden plastikowy nóż z czym wiąże
się śmieszna historia. Wszystko wzięło się z potrzeby, spaliśmy wtedy pierwszą
noc w Atenach, ze względu na limit bagażu nasze sztućce zostały w Polsce,
dlatego pożyczyliśmy od gospodarza jeden plastikowy nóż, mamy nadzieje, że się
nie obraził. Mamy jego adres, więc zamierzamy mu go kiedyś odesłać. W ramach
dygresji chciałbym tylko wspomnieć pewną sytuację, kiedy chcieliśmy udać się do
sklepu zrobić zakupy, żeby przygotować sobie kolację. Gospodarz kazał nam
zostać w domu i powiedział, że on wszystko kupi. Ponieważ jesteśmy jego gośćmi
i honor nie pozwala mu na to, abyśmy nie dostali żadnego posiłku. Dostaliśmy od
niego również bilety na komunikację miejską, tradycyjne greckie przyprawy i
ikonę Maryi, która miała się nami opiekować do końca wyprawy. Warto tylko na
koniec dodać, że gospodarz był 30 letnim strażakiem, co ciekawe skończył
teologię i miał 5 dzieci. Oglądaliśmy wspólnie mecz Polska- Niemcy, analiza
trwała do około 00:30. Nie zabrakło również rozmów na temat różnic między nami,
naszymi kulturami.
MM: W jaki najdalszy zakątek świata chciałbyś
pojechać i dlaczego?
KG: To
pytanie jest dla mnie o tyle trudne, że od razu nasunęło mi się milion różnych
miejsc, które chciałbym zobaczyć. Na pewno Stany Zjednoczone i Hiszpania. Jeśli
rowerem to zdecydowanie Hiszpania i Włochy. Uwielbiam Włoskie Alpy, są
wyjątkowe.
MM:
Jakie
są 3 cechy charakteru, jakie powinna mieć osoba decydująca się na taką wyprawę?
I jak ważne jest pozytywne nastawienie.
KG: Pozytywne
nastawienie to 80% sukcesu. Wszystko rozgrywa się w naszej głowie. Ból,
zmęczenie, własne słabości, z tym wszystkim można sobie poradzić kiedy mamy
pozytywne nastawienie. Jeżeli chodzi o cechy charakteru, moim zdaniem ważne
jest aby być spontanicznym. Upartość „woła” i wytrwałość, też jest bardzo
ważna. Tak na marginesie dodałbym jeszcze otwartość, jako bardzo istotną cechę.
W podróży ważne jest aby nawiązywać kontakty z nieznajomymi, dzięki czemu
zawsze możemy liczyć na czyjąś pomoc, czasem niezbędną do kontunuowania
wyprawy.
MM:
W
swoim życiu odbyłeś już nie jedną wyprawę, ale mnie najbardziej interesuje ta
ostatnia. Czy mógłbyś opowiedzieć ją dzień po dniu? Emocje, które wam
towarzyszyły i sytuacje, które spotykały?
KG: Sporo zdradziłem między wierszami. Pierwszy
etap prowadził z Aten do Salonik. Zajął nam 4 dni, pod względem trudności, to
był zdecydowanie najgorszy odcinek. Pokonywaliśmy długie i strome podjazdy, a
do tego było niezwykle upalnie. Głównie nocowaliśmy na kempingach, Grecja żyje z
turystki, więc byliśmy naprawdę zadowoleni. Raz jak już wspominałem nocowaliśmy
na plaży. Im dalej „w las” tym było gorzej, zdarzyło nam się spać w motelu w
Serbii. Byliśmy wtedy w wysokich górach, prowadziła tam jedna droga i została
nas noc, dlatego byliśmy skazani na motel. Ale muszę podkreślić, że to była
bardzo tania wycieczka 2,5 tygodnia kosztowało nas niecałe 1 tyś 500 zł i
zobaczyliśmy pół Europy. Dalej z Salonik, udaliśmy do stolicy Macedonii. Skopie
przywitały nas po 6 dniach. Po 2 dniach drogi od Salonik. Tam było zdecydowanie
chłodniej i klimat był dla Nas bardziej przyjazny, Macedonia nas bardzo urzekła
widokami, które dla mnie były lepsze od tych Greckich, a pomimo to jest to kraj
bardzo pomijany jeśli chodzi o turystykę. Był tam 30 km etap podróży, który
musieliśmy pokonać pociągiem, więc w sumie w czasie podróży wykorzystaliśmy
wszystkie środki transportu, wszystko przez autostradę, która była jedyną
drogą, a jednocześnie jak wiadomo rowerem po autostradzie jeździć nie można.
Jechaliśmy pociągiem nocą przez wąwóz.
Następnie trafiliśmy do Belgradu. Tam
licznik wybił połowę dystansu. Zrobiliśmy sobie dzień przerwy, aby pozwiedzać
miasto. Odbywał się w tym czasie mecz Polska – Szwajcaria, którego nie mogliśmy
sobie odmówić. I tym o to sposobem trafiliśmy do Pub-u, gdzie byliśmy otoczeni
przez grupkę Szwajcarskich kibiców. Niestety kiedy cieszyliśmy się po
strzelonej bramce jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Ale po meczu okazało się, że
to bardzo mili ludzie i przez resztę wieczoru zacieśnialiśmy przyjaźń Polsko-Szwajcarską.
Dalej przyszedł czas na najbardziej monotonny etap, przez Serbię, Rumunię i
Węgry. Gdzie było płasko, droga przypominała odrysowaną od linijki, 20 km bez
zakrętów, po prawej stronie ciągnął się aż po horyzont pas kukurydzy. Natomiast po lewo rzepak co jakiś czas
przedzielony od czasu do czasu zbożem. Jedyną atrakcją było wyścigi z
traktorami i łapanie się przyczep, aby Nas trochę podwieźli. Wtedy zaczęły się
lekkie kryzysy i bóle. Zerwał się porywisty wiatr, który wręcz miejscami uniemożliwiał
dalszą jazdę. W czasie drogi przez Słowację, tam niestety Kamil zrezygnował z
dalszej jazdy. Został chwilowo sam, ale w raz z misją ratunkową dojechał do Nas
mój tata, który podmienił Kamila, dzięki czemu nie musiał jechać sam. Dobrze
się złożyło, że tata miał wolne, a on również uwielbia jeździć i sam mnie tym
zaraził, dlatego był bardzo zadowolony kiedy opowiadałem mu o swoich planach
wyjazdu i z przyjemnością do mnie dołączył. Od granicy Polskiej jechaliśmy około 3 dni,
pokonując ostatni odcinek około 460 km. To była niezapomniana przygoda, którą
będę pamiętał do końca życia. Jednocześnie bardzo rośnie poczucie własnej
wartości. Można poczuć, że wszystko jest do zrobienia trzeba tylko chcieć!
MM: Czy rower jest wygodnym środkiem lokomocji? Czy
z każdym dniem słyszał od ciebie coraz mniej miłe komplementy?
KG: Jest
wygodny i dosyć komfortowy. Są różnice między rowerem i rowerem. Ja korzystam z
roweru trekkingowego, który ma liczne przystosowania do takich dalekich
podróży, np. grubsze bardziej wytrzymałe na uszkodzenie opony, liczne sakwy,
jadąc mam bardziej wyprostowaną pozycję niż na zwykłym rowerze szosowym, co
pozytywnie wpływa na kondycję mojego kręgosłupa. Jednak w czasie tak długiej
podróży, od pewnego momentu zawsze doskwiera ból, mnie najbardziej bolały
nadgarstki, w sumie minęło półtora tygodnia od naszego powrotu a ja nadal ich
nie czuję dłoni. Kilka razy byłem zły na rower, i użyłem o nich słów, których
nie powinienem. Mieliśmy po drodze kilka awarii, na szczęście wzięliśmy ze sobą
sporo części zamiennych i udało nam się wszystko naprawić.
MM:
Na
moje kolejne pytanie, już właściwie po części odpowiedziałeś, bo chciałem
spytać z czego korzystacie planując podróż, jednak mimo, że nie mieliście
żadnych map, wybierając miasta klucze czy część trasy, korzystałeś z
przewodników turystycznych lub przeglądałeś fora internetowe?
KG: W
planowaniu ograniczamy się jedynie do Google Maps. Miasta klucze były po
drodze, dlatego wybór był prosty, a jak też wspominałem, kluczowe jest aby
utrzymać motywację, bo bez niej realizacja głównego celu wydaje się nie
możliwa. Jedynym zaplanowanym punktem do A do Z był nasz wylot do Aten.
Kupiliśmy bilety, rozłożyliśmy rowery, spakowaliśmy je do ogromnego pudła i
polecieliśmy. Na miejscu zostaliśmy chyba znienawidzeni przez pasażerów na
lotnisku, ponieważ nasz karton zablokował się na taśmie, blokując innym walizki.
Potem w warunkach mocno polowych o piątej nad ranem składaliśmy nasze rowery na
lotnisku, by wybrać się z naszym 40 kg bagażem w dalszą drogę. Wzięliśmy tylko
najbardziej potrzebne rzeczy a mimo to, w czasie podjazdów pod górę czuliśmy
jak grawitacja do spółki z rzeczami w sakwach ciągnie nas w dół.
MM: Czy
jadąc rowerem człowiek czuje samotność? Czy rower to świetna okazja, żeby
przemyśleć różne sprawy?
KG: Czasami
czuję samotność, ale mi to kompletnie nie przeszkadza. Jeśli mam być szczery
odpowiadając na to pytanie, wszystkie ważne decyzje w swoim życiu podjąłem,
jadąc rowerem. Człowiek ma czas żeby wszystko sobie na spokojnie poukładać,
przeanalizować różne „za” i „przeciw. A jednocześnie możemy spojrzeć na różne
sprawy z dystansem i przymrużeniem oka. To pozwala nam uniknąć podjęcia
pochopnych decyzji, których w przyszłości moglibyśmy żałować. Lubię ten sposób
podejmowania decyzji, oswojenia się z problemami.
MM:
Czy
planujesz już kolejną podróż i jeśli tak to kiedy i dokąd?
KG:
Nie to wszystko wychodzi spontanicznie. W ten weekend jadę w tatry pojeździć po
górach i poprzyglądać się Tour de Pologne, natomiast jeśli chodzi o taki dłuższy
wyjazd być może we wrześniu. Czas pokaże…
MM: Na koniec chciałbym spytać, jaką trasę w
okolicy polecisz naszym Czytelnikom?
KG: Jasne,
mam idealną trasę dla każdego! Nazywamy ją „klasyczny poniedziałek”, ponieważ
jeździmy nią tylko w poniedziałek. Zaczynamy od Balcerowa i kierujemy się w
stronę Strobowa. Potem mijamy Rzeczków, Kwasowiec, w stronę Franciszkan, jedziemy
koło Trzciannej. Przecinamy drogę wojewódzką koło stacji paliw w Strzybodze.
Pętle kończymy w Strobowie. Cała trasa ma około 20km, my pokonujemy ją około 3
razy. Co warte uwagi, trasa jest zróżnicowana. Cały czas jedziemy pod górkę,
lub z górki co w naszym województwie jest rzeczą niespotykaną i wyjątkową.
Dlatego ta trasa cieszy się niezwykłą popularnością, przyjeżdżają tam kolarze z
okolic, Łowicza, Głowna, Kutna. Od 3 do 4 razy do roku są organizowane tam
wyścigi. Droga jest bezpieczna, ponieważ ruch jest mały, jednocześnie jest bardzo dobry
asfalt. Więc serdecznie zapraszam i mam nadzieję, że spotkamy się na Kwasowcu!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz