wtorek, 26 lipca 2016

Rowerem przez Świat,

Wielu z nas marzy o dalekiej podróży. Gdzieś w głębi naszych myśli, co jakiś czas, pragniemy uciec od szarej codzienności w nieznane, przeżyć przygodę życia, doświadczyć czegoś nowego. Kiedy myślimy o takich podróżach, często chcemy, aby była ona spontaniczna. Jednocześnie priorytetem staję się odbieranie jak największej liczby bodźców, dlatego ważny jest dobór środka transportu. Mając w pamięci takie filmy jak chociażby „Gang Dzikich Wieprzy”, nasza pierwsza myśl kieruje się w stronę motocyklu. Wydaje się on nam najlepszym możliwym środkiem transportu. Jednak często zapominamy o czymś zdecydowanie tańszym, co pozwoli nam na jeszcze większe obcowanie z naturą- ROWERZE. Wydaje się to na pierwszy rzut oka absurdalne, ale wszystko zaczyna się w naszej głowie, dobre nastawienie to podstawa sukcesu, a nie ma barier, których nie możemy pokonać. Kilka lat temu w Polsce było głośno o śmiałych planach Damiana Drobyki, który w ciągu prawie sześciu miesięcy jazdy bez przerwy pokonał 19.521 kilometrów. A planował 30 tyś kilometrową trasę przez obie Ameryki. W radiowej trójce 4 lata temu można było wysłuchać niezwykłej historii o niepełnosprawnym rodaku z Łodzi (Panu Krzysztofie Jarzębskim), który pokonał trasę z San Francisco do Nowego Jorku, w sumie 4 680 km w 14 dni . Warto jeszcze wspomnieć wzruszającą historię Pana Mieczysława Parczyńskiego z Gdańska, który na mapie Polski wyrysował imię zmarłej żony - "Jadzia" . W ciągu 94 dni przejechał 5730 km.



Kiedy słyszymy te wszystkie historię, szukamy elementu wspólnego, zależności i powiązań, które je łączą. Wszystkie przedstawione we wstępie osoby to pasjonaci. Ale warto dodać, że w Skierniewicach, również możemy znaleźć kolarza, którego z czystym sumieniem możemy umieścić w tym Panteonie wielkich ludzi, dla których świat istnieje bez granic.  Z wielką przyjemnością zapraszam Państwa na rozmowę z Kamilem Gorzelakiem, tegorocznym maturzystą, o którym nie możemy z pewnością powiedzieć, że jest zwykłym człowiekiem. 

Mateusz Meszka: Pamiętam moją kuzynkę, która uczyła się jeździć na rowerze. Zaczynała w wieku 7 lat i już myśleliśmy, że jest za późno, kompletnie nie mogła sobie poradzić, powiedz mi kiedy ty zacząłeś? I czy od razu pokochałeś rower od pierwszej przejażdżki?
Kamil Gorzelak: Wiesz co, ciężko mi powiedzieć kiedy dokładnie zacząłem, ile miałem wtedy lat. Wydaje mi się, że miałem 6 może 5 lat.  Pamiętam, że moja pierwsza jazda skończyła się w stodole. Jednak kompletnie mnie to nie zniechęciło. Na szczęście skończyło się tylko na „guzie”. Uczył mniej mój tata i dziadek, pamiętam że trwało to dość długo. 
MM: Skąd to zamiłowanie do podróży? Czy za tym podróżowaniem nie kryje się coś głębszego: dziecięce marzenia, jakaś książka, która wybiła piętno na rozwijającej się osobowości, przypadkowy wyjazd, porzucenie przez tirowca gdzieś w Europie i survival po tym... Może są jakieś inne, mniej banalne przyczyny podróżowania? I Kto Kamil zaraził cię pasją do podróżowania akurat rowerem?
KG: Mój tata zaraził mnie tymi rowerowymi podróżami. To on zabrał mnie w pierwszą podróż, miałem wtedy około 9 lat. Od tego momentu jeździliśmy razem co rok, aż do tego roku. W tym roku postanowiłem się oderwać, dlatego w ostatnią podróż wybrałem się ze swoim przyjacielem, który lubi takie szalone pomysły. Rok temu braliśmy udział w maratonie, teraz jeździliśmy rowerem po Europie. 

MM: Za co lubisz rower? Co jest w nim najbardziej urzekającego? Czy można lepiej poczuć drogę czy ma może jeszcze  inne plusy?
KG:  To trudne pytanie, ale przede wszystkim WOLNOŚĆ. Szum opon, przestrzeń dookoła i brak ograniczeń. Rower pozwala mi się uspokoić, przemyśleć różne sprawy. Lubię też rywalizację, to że mogę się w jakiś sposób sprawdzić, po ścigać się ze znajomymi.
MM: "Nie planować" to według Wojciecha Cejrowskiego przepis na życie. Bo gdy się planuje i coś nie wyjdzie, to człowiek będzie żałował. A jak to wygląda w Twoim przypadku?
Jak długo się przygotowujesz do takiej podróży? O czym trzeba pamiętać? I co zabieracie ze sobą?
KG: To była zupełnie spontaniczna decyzja, ale właśnie takie podróże lubię od dawna. Z Kamilem rozmawialiśmy na Skype, gdy był na Cyprze. A bilety lotnicze kupiliśmy 3 dni od pierwszego pomysłu. Aby lepiej zobrazować jak bardzo była to spontaniczna decyzja, dodam tylko, że podróżowaliśmy bez żadnej mapy. Korzystaliśmy tylko z GPS-u w telefonie, ale poradziliśmy sobie. Ustaliliśmy jedynie 6 miast kluczy (m.in. Skopie, Belgrad, Saloniki, Koszyce), które przez całą podróż stanowiły kolejne małe cele, które przybliżały Nas do tego ostatniego, a jednocześnie dzięki nim do samego końca nie brakowało nam motywacji. Więc w pełni zgadzam się ze słowami Wojtka Cejrowskiego i uważam, że „spontan” jest najważniejszy. 
MM: Każdy kraj, ba nawet każda społeczność ma swoje tradycje i kulturę, normy zachowania.  A jakich ty mądrości nauczyłeś się w czasie podróży?
KG: Chociażby w Grecji, kiedy byliśmy na tradycyjnej greckiej kolacji, zasmakowałem ich tradycyjne dania, zobaczyłem zachowania przy stole. Najbardziej urzekła mnie na Bałkanach gościnność ludzi, troska o drugiego człowieka. Mimo, że byliśmy obcy, kiedy pod sklepem jedliśmy obiad, przechodnie pytali czy niczego nam nie brakuje, czy jesteśmy głodni, czy mamy pieniądze. Ta otwartość ludzka była niesamowita, przy milionie miłych sytuacji, nie spotkało nas nic przykrego. Przejeżdżając przez niemal połowę Europy, bez trudu można dostrzec zmieniające się zwyczaje i  kulturę. Bałkany były dzikie i dziewicze, natomiast Grecja, jako kolebka zachodniej cywilizacji, bardzo ucywilizowana.  Natomiast czym bardziej na północ, tym coraz chłodniejszy temperament, i coraz rzadziej spotykaliśmy się z życzliwym przyjęciem i gościnnością. Na Słowacji i Węgrzech praktycznie w ogóle tego nie zaznaliśmy. Śmieszne jest to, że na Węgrzech zupełnie nie mogliśmy się dogadać, węgierski to zdecydowanie trudny język, a angielskiego nikt nie znał, więc pozostało jedynie próbować na „migi”. W serwisie rowerowym podczas napraw mieliśmy związku z tym ogromne kłopoty. 

MM: Wiele podróżowałeś zarówno po Polsce jak i po świecie. Jaki był najdłuższy okres, kiedy nie było cię w kraju? Czy wtedy tęskniłeś za domem, rodzina, dziewczyną?
KG: Wydaje mi się, że to był właśnie nasz „Bałkański trip”, około 3 tygodni, zaczęło się wyjazdem do Grecji, potem dwa dni na przepakowanie się. A wcześniej byłem w Czechach, więc łącznie wyszło około 3 tygodni na rowerze. Nie tęskniłem, ponieważ w klasie maturalnej siedziałem tylko w domu i się uczyłem, bardzo brakowało mi tej wolności. Chciałem się wyciągnąć z domu, wcześniej nie mogłem swobodnie wyjść na rower, dlatego obiecałem sobie, że w wolnym czasie się wyjeżdżę.  Wiadomo czasem było ciężko i tęskniło się za rodziną i dziewczyną. Ponieważ taka 3 tygodniowa rozłąką jest dość długa. Jednak najbardziej brakowało mi domowych, polskich obiadów.
MM: Ile km pokonaliście? Czy kilometry dla kogoś, takiego jak ty, to poważny problem, można je przyrównać do pokonywania kolejnych barier, czy  towarzyszą Ci typowo turystyczne wrażenia?
KG: Od Aten do Skierniewic pokonałem dokładnie 2145km, w dwa tygodnie. Nie odczuwam zupełnie tych kilometrów, dystans nie był dla mnie żadnym problemem. Dziennie pokonywałem od 120 km do 207km. Planowaliśmy wrócić dzień później, ale nie chciało mi się prać bielizny i wróciłem do domu w jeden dzień. To był główny powód, nie tęsknota, nie kontuzja, tylko pranie skłoniło nas do powrotu.  Nie miałem kryzysów na trasie, choć pierwsza połowa trasy była bardzo trudna, ponieważ praktycznie do Belgradu musieliśmy ciągle wspinać się na wysokie góry i zjeżdżać. To było bardzo wyczerpujące.
MM: Jaka jest najbardziej ciekawa sytuacja, która spotkała Cię w czasie wyjazdu?
KG: Kiedy byliśmy w Rumunii, przypadkowo trafiliśmy na stypę. Była niedziela, wszystkie sklepy były zamknięte, my nie mieliśmy rumuńskiej waluty, a do tego byliśmy bardzo głodni i rozglądaliśmy się za miejscem, w którym będziemy mogli coś zjeść. Na początku myśleliśmy, że to wesele, ale potem okazało się, że Panny Młodej nie było. Po zakończonej stypie gospodarze zaprosili nas do domu, dość długo rozmawialiśmy i co mnie bardziej zdziwiło, bardzo popularny w Rumunii jest Daniel Olbrychski. Rumunii znają praktycznie wszystkie filmy w jakich grał. Zaczytują się również w dziełach Henryka Sienkiewicza, przedstawili mi ze szczegółami fabułę „Quo Vadis” i „Potopu”, czy mnie lekko zawstydzili. Ponieważ aktualnie nie są to lektury omawiane w każdej Polskiej szkole. Rozbawiła nas również podróż w Grecji autostopem. Byliśmy w wysokich górach, zapadał zmrok, a my mieliśmy aż 15km drogi. Wykończony leżałem na asfalcie, to był wyjątkowo upalny dzień, w tym momencie podjechał do Nas sympatyczny pan spytać czy się mi nic nie stało. Spytał się nas gdzie jedziemy i gdy usłyszał odpowiedź, mimiką zdradził, że będzie to misja samobójcza. Niestety nie mylił się, góra okazała się tak stroma, że 0,5km dalej prowadziliśmy rowery. Na szczęście spotkany Grek wracał i gdy nas zobaczył, bez zbędnych pytań czy chcemy, zapakował nasze rowery do swojego pick up-a, a my usiedliśmy z tyłu. Jednak zapewne domyślasz się jak mogła skończyć się szalona podróż górską drogą, pełną zakrętów.

MM: Czy jest jakieś wydarzenie, które kiedyś było przykre, a teraz możesz o nim opowiedzieć z lekkim uśmiechem?
KG: Jak też wspominałem na wstępnie, w czasie naszej wyprawy, nie spotkały nas żadne smutne, lub niemiłe sytuacje. Jedynie czułem dyskomfort, kiedy spaliśmy „na dziko” w Grecji, na plaży było bardzo głośno. Przez długi czas nie mogłem usnąć. Bałem się, czy gdy uśniemy nikt nas nie okradnie, usnąłem więc z pompką w ręku, abym miał się czym bronić. Teraz patrzę na to z lekkim uśmiechem, ponieważ uważam, że było to zupełnie niepotrzebne. Ludzie byli tak mili i sympatyczni, że pewnie nie przyszło im przez myśl, żeby nam coś zrobić. Śmieszna była sytuacja pod supermarketem w Rumunii. Zastanawiam się czy wyglądaliśmy aż tak źle, ale co jakiś czas ktoś pytał czy nie chcemy pieniędzy. Więc musieliśmy przypominać biedaków. 

MM: Czy masz takie miejsce, które Ci się szczególnie spodobało i do którego chciałbyś wrócić? Sprawdzić czy zaszły ogromne zmiany? Czy pozostały one takie jak w twoich wspomnieniach?
KG: Jeśli mam być szczery, świat jest zbyt duży. Jest zbyt wiele miejsc, które chciałbym jeszcze zobaczyć, żeby wracać do miejsc, w których już byłem. Na pewno było wiele pięknych miejsc, ale wierzę, że jeszcze więcej jest ich przede mną. 
MM: Czy jest coś z czym wracasz z każdej podróży? Niektórzy wracają z muszlami inni z kluczami hotelowymi a jeszcze inni z ręcznikami. Jak to wygląda w twoim wypadku?
KG: Nie mam niczego takiego, natomiast wziąłem jeden plastikowy nóż z czym wiąże się śmieszna historia. Wszystko wzięło się z potrzeby, spaliśmy wtedy pierwszą noc w Atenach, ze względu na limit bagażu nasze sztućce zostały w Polsce, dlatego pożyczyliśmy od gospodarza jeden plastikowy nóż, mamy nadzieje, że się nie obraził. Mamy jego adres, więc zamierzamy mu go kiedyś odesłać. W ramach dygresji chciałbym tylko wspomnieć pewną sytuację, kiedy chcieliśmy udać się do sklepu zrobić zakupy, żeby przygotować sobie kolację. Gospodarz kazał nam zostać w domu i powiedział, że on wszystko kupi. Ponieważ jesteśmy jego gośćmi i honor nie pozwala mu na to, abyśmy nie dostali żadnego posiłku. Dostaliśmy od niego również bilety na komunikację miejską, tradycyjne greckie przyprawy i ikonę Maryi, która miała się nami opiekować do końca wyprawy. Warto tylko na koniec dodać, że gospodarz był 30 letnim strażakiem, co ciekawe skończył teologię i miał 5 dzieci. Oglądaliśmy wspólnie mecz Polska- Niemcy, analiza trwała do około 00:30. Nie zabrakło również rozmów na temat różnic między nami, naszymi kulturami.  
MM: W jaki najdalszy zakątek świata chciałbyś pojechać i dlaczego?
KG: To pytanie jest dla mnie o tyle trudne, że od razu nasunęło mi się milion różnych miejsc, które chciałbym zobaczyć. Na pewno Stany Zjednoczone i Hiszpania. Jeśli rowerem to zdecydowanie Hiszpania i Włochy. Uwielbiam Włoskie Alpy, są wyjątkowe.
MM: Jakie są 3 cechy charakteru, jakie powinna mieć osoba decydująca się na taką wyprawę? I jak ważne jest pozytywne nastawienie.
KG: Pozytywne nastawienie to 80% sukcesu. Wszystko rozgrywa się w naszej głowie. Ból, zmęczenie, własne słabości, z tym wszystkim można sobie poradzić kiedy mamy pozytywne nastawienie. Jeżeli chodzi o cechy charakteru, moim zdaniem ważne jest aby być spontanicznym. Upartość „woła” i wytrwałość, też jest bardzo ważna. Tak na marginesie dodałbym jeszcze otwartość, jako bardzo istotną cechę. W podróży ważne jest aby nawiązywać kontakty z nieznajomymi, dzięki czemu zawsze możemy liczyć na czyjąś pomoc, czasem niezbędną do kontunuowania wyprawy.
MM: W swoim życiu odbyłeś już nie jedną wyprawę, ale mnie najbardziej interesuje ta ostatnia. Czy mógłbyś opowiedzieć ją dzień po dniu? Emocje, które wam towarzyszyły i sytuacje, które spotykały?
KG:  Sporo zdradziłem między wierszami. Pierwszy etap prowadził z Aten do Salonik. Zajął nam 4 dni, pod względem trudności, to był zdecydowanie najgorszy odcinek. Pokonywaliśmy długie i strome podjazdy, a do tego było niezwykle upalnie. Głównie nocowaliśmy na kempingach, Grecja żyje z turystki, więc byliśmy naprawdę zadowoleni. Raz jak już wspominałem nocowaliśmy na plaży. Im dalej „w las” tym było gorzej, zdarzyło nam się spać w motelu w Serbii. Byliśmy wtedy w wysokich górach, prowadziła tam jedna droga i została nas noc, dlatego byliśmy skazani na motel. Ale muszę podkreślić, że to była bardzo tania wycieczka 2,5 tygodnia kosztowało nas niecałe 1 tyś 500 zł i zobaczyliśmy pół Europy. Dalej z Salonik, udaliśmy do stolicy Macedonii. Skopie przywitały nas po 6 dniach. Po 2 dniach drogi od Salonik. Tam było zdecydowanie chłodniej i klimat był dla Nas bardziej przyjazny, Macedonia nas bardzo urzekła widokami, które dla mnie były lepsze od tych Greckich, a pomimo to jest to kraj bardzo pomijany jeśli chodzi o turystykę. Był tam 30 km etap podróży, który musieliśmy pokonać pociągiem, więc w sumie w czasie podróży wykorzystaliśmy wszystkie środki transportu, wszystko przez autostradę, która była jedyną drogą, a jednocześnie jak wiadomo rowerem po autostradzie jeździć nie można. Jechaliśmy pociągiem nocą przez wąwóz.
Następnie trafiliśmy do Belgradu. Tam licznik wybił połowę dystansu. Zrobiliśmy sobie dzień przerwy, aby pozwiedzać miasto. Odbywał się w tym czasie mecz Polska – Szwajcaria, którego nie mogliśmy sobie odmówić. I tym o to sposobem trafiliśmy do Pub-u, gdzie byliśmy otoczeni przez grupkę Szwajcarskich kibiców. Niestety kiedy cieszyliśmy się po strzelonej bramce jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Ale po meczu okazało się, że to bardzo mili ludzie i przez resztę wieczoru zacieśnialiśmy przyjaźń Polsko-Szwajcarską. Dalej przyszedł czas na najbardziej monotonny etap, przez Serbię, Rumunię i Węgry. Gdzie było płasko, droga przypominała odrysowaną od linijki, 20 km bez zakrętów, po prawej stronie ciągnął się aż po horyzont pas kukurydzy.  Natomiast po lewo rzepak co jakiś czas przedzielony od czasu do czasu zbożem. Jedyną atrakcją było wyścigi z traktorami i łapanie się przyczep, aby Nas trochę podwieźli. Wtedy zaczęły się lekkie kryzysy i bóle. Zerwał się porywisty wiatr, który wręcz miejscami uniemożliwiał dalszą jazdę. W czasie drogi przez Słowację, tam niestety Kamil zrezygnował z dalszej jazdy. Został chwilowo sam, ale w raz z misją ratunkową dojechał do Nas mój tata, który podmienił Kamila, dzięki czemu nie musiał jechać sam. Dobrze się złożyło, że tata miał wolne, a on również uwielbia jeździć i sam mnie tym zaraził, dlatego był bardzo zadowolony kiedy opowiadałem mu o swoich planach wyjazdu i z przyjemnością do mnie dołączył.  Od granicy Polskiej jechaliśmy około 3 dni, pokonując ostatni odcinek około 460 km. To była niezapomniana przygoda, którą będę pamiętał do końca życia. Jednocześnie bardzo rośnie poczucie własnej wartości. Można poczuć, że wszystko jest do zrobienia trzeba tylko chcieć!
MM: Czy rower jest wygodnym środkiem lokomocji? Czy z każdym dniem słyszał od ciebie coraz mniej miłe komplementy?
KG: Jest wygodny i dosyć komfortowy. Są różnice między rowerem i rowerem. Ja korzystam z roweru trekkingowego, który ma liczne przystosowania do takich dalekich podróży, np. grubsze bardziej wytrzymałe na uszkodzenie opony, liczne sakwy, jadąc mam bardziej wyprostowaną pozycję niż na zwykłym rowerze szosowym, co pozytywnie wpływa na kondycję mojego kręgosłupa. Jednak w czasie tak długiej podróży, od pewnego momentu zawsze doskwiera ból, mnie najbardziej bolały nadgarstki, w sumie minęło półtora tygodnia od naszego powrotu a ja nadal ich nie czuję dłoni. Kilka razy byłem zły na rower, i użyłem o nich słów, których nie powinienem. Mieliśmy po drodze kilka awarii, na szczęście wzięliśmy ze sobą sporo części zamiennych i udało nam się wszystko naprawić.
MM: Na moje kolejne pytanie, już właściwie po części odpowiedziałeś, bo chciałem spytać z czego korzystacie planując podróż, jednak mimo, że nie mieliście żadnych map, wybierając miasta klucze czy część trasy, korzystałeś z przewodników turystycznych lub przeglądałeś fora internetowe?   
KG: W planowaniu ograniczamy się jedynie do Google Maps. Miasta klucze były po drodze, dlatego wybór był prosty, a jak też wspominałem, kluczowe jest aby utrzymać motywację, bo bez niej realizacja głównego celu wydaje się nie możliwa. Jedynym zaplanowanym punktem do A do Z był nasz wylot do Aten. Kupiliśmy bilety, rozłożyliśmy rowery, spakowaliśmy je do ogromnego pudła i polecieliśmy. Na miejscu zostaliśmy chyba znienawidzeni przez pasażerów na lotnisku, ponieważ nasz karton zablokował się na taśmie, blokując innym walizki. Potem w warunkach mocno polowych o piątej nad ranem składaliśmy nasze rowery na lotnisku, by wybrać się z naszym 40 kg bagażem w dalszą drogę. Wzięliśmy tylko najbardziej potrzebne rzeczy a mimo to, w czasie podjazdów pod górę czuliśmy jak grawitacja do spółki z rzeczami w sakwach ciągnie nas w dół.
MM: Czy jadąc rowerem człowiek czuje samotność? Czy rower to świetna okazja, żeby przemyśleć różne sprawy?
KG: Czasami czuję samotność, ale mi to kompletnie nie przeszkadza. Jeśli mam być szczery odpowiadając na to pytanie, wszystkie ważne decyzje w swoim życiu podjąłem, jadąc rowerem. Człowiek ma czas żeby wszystko sobie na spokojnie poukładać, przeanalizować różne „za” i „przeciw. A jednocześnie możemy spojrzeć na różne sprawy z dystansem i przymrużeniem oka. To pozwala nam uniknąć podjęcia pochopnych decyzji, których w przyszłości moglibyśmy żałować. Lubię ten sposób podejmowania decyzji, oswojenia się z problemami.
MM: Czy planujesz już kolejną podróż i jeśli tak to kiedy i dokąd?
KG: Nie to wszystko wychodzi spontanicznie. W ten weekend jadę w tatry pojeździć po górach i poprzyglądać się Tour de Pologne, natomiast jeśli chodzi o taki dłuższy wyjazd być może we wrześniu. Czas pokaże…
MM: Na koniec chciałbym spytać, jaką trasę w okolicy polecisz naszym Czytelnikom?
KG: Jasne, mam idealną trasę dla każdego! Nazywamy ją „klasyczny poniedziałek”, ponieważ jeździmy nią tylko w poniedziałek. Zaczynamy od Balcerowa i kierujemy się w stronę Strobowa. Potem mijamy Rzeczków, Kwasowiec, w stronę Franciszkan, jedziemy koło Trzciannej. Przecinamy drogę wojewódzką koło stacji paliw w Strzybodze. Pętle kończymy w Strobowie. Cała trasa ma około 20km, my pokonujemy ją około 3 razy. Co warte uwagi, trasa jest zróżnicowana. Cały czas jedziemy pod górkę, lub z górki co w naszym województwie jest rzeczą niespotykaną i wyjątkową. Dlatego ta trasa cieszy się niezwykłą popularnością, przyjeżdżają tam kolarze z okolic, Łowicza, Głowna, Kutna. Od 3 do 4 razy do roku są organizowane tam wyścigi. Droga jest bezpieczna, ponieważ  ruch jest mały, jednocześnie jest bardzo dobry asfalt. Więc serdecznie zapraszam i mam nadzieję, że spotkamy się na Kwasowcu!








poniedziałek, 18 lipca 2016

Czy w Skierniewicach trzeba uważać na "Jelenie" ?

Czy może drogowcy nie doceniają kunsztu jazdy skierniewiczan?

Kilka dni temu wybrałem się wraz ze znajomymi na wycieczkę rowerową dookoła Skierniewic. Kiedy wracaliśmy do domu od strony ulicy Działkowej czekało na nas ostrzeżenie, w Skierniewicach trzeba uważać na jelenie. Ale czy obawy drogowców dotyczące naszych umiejętności prowadzenia pojazdów nie wydają się Państwu przesadzone? Moim zdaniem, zdecydowanie tak, ale należało w tej kwestii dla spokoju własnego sumienia przeprowadzić śledztwo.

Richard Hammond znany dziennikarz motoryzacyjny, głównie jako współprowadzący do niedawna program Top Gear, napisał książkę.
Dokładniej mówiąc napisał ją już dość dawno wspólnie z Andy Wilmanem. "Tajemnice motoryzacji według Richarda Hammonda" bo to o niej mowa, zawiera bardzo ciekawy rozdział pt. " Jak poznać kierowcę nowoczesnego". Wszystkim, którzy czytali tę książkę, pragnę tylko szybko dodać, że nie mówię tego tylko dlatego, że to pierwszy rozdział. Autor stawia w nim pytanie, jak stary wyjadacz postanawia podzielić kierowców, których spotyka każdego dnia, na kilka grup, przydzielając im cechy charakterystyczne.

W swoim praktycznym poradniku wymienia, nieoznakowanego misiaczka, ekolożkę, właściciela psa, dziadka, dzieciaka, przedstawiciela handlowego, weekendowego zakupoholika czy weterynarza. Na pierwszy rzut oka z niektórymi typami możemy się zgodzić i szybko jak na kalce przenieść je do naszych realiów, jednak niektóre grupy wydają się lekko absurdalne, dlatego warto będzie wspólnie ustalić i przeanalizować sytuację w naszej okolicy.

Od czego by tu zacząć? Hmm... możliwe, że najlepszym rozwiązaniem będzie spróbować odszukać wśród spotykanych na co dzień osób wymienione grupy. Zaczniemy od nieoznakowanych misiaków.
Dlaczego od nich? Bo przecież każdy kierowca w Skierniewicach jadąc szybciej niż 50km/h na wiadukcie rozgląda się za srebrnym oplem insignia. Na samą myśl o tym aucie ogarnia nas strach. Są na drogach również kierowcy, którzy lubią ten strach wykorzystywać w celach humorystycznych. Nie tak dawno moja koleżanka opowiadała mi historię o tym, jak kolega odbierał ją z imprezy i odwoził do domu, właśnie we wspomnianym oplu. Otóż mimo, że na drodze można było poruszać się z prędkością 60km/h (były to godziny nocne), za dwójka naszych bohaterów uformował się spory korek, gdyż każdy z lękiem wypisanym na twarzy podchodził do próby wyprzedzania tego ogarniętego zła sławą auta. Samochodu na myśl, o którym żony płaczą, ponieważ zabrał ich mężom połowę pensji, a innych pozbawił ulubionego kawałka plastiku, znajdującego się w portfelu, których był dla nich azylem. Gwarancją i jednocześnie sposobem ucieczki z domu.

Weekendowy zakupoholik w przypadku naszego miasta oznacza szczególnego pacjenta. Można na drodze spotkać go najczęściej w czwartek lub sobotę. Jego znak rozpoznawczy to tablice rejestracyjne zaczynające się od "ESK", ale aby nas zmylić ukrywa się również pod "ES" czy "ELC". Co można o nich powiedzieć? Przede wszystkim są nieobliczalni, zawsze musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wrzucając lewy kierunkowskaz w miejscu, w którym wydaje nam się, że nie mogą zrobić nic innego jak jechać prosto, oni mogą zawrócić. Najgorzej, kiedy natkniemy się na nich na rondzie, wtedy nigdy nie jesteśmy bezpieczni. Nie powinno nas zaskoczyć, gdy jeżdżą dookoła na zewnętrznym pasie, czy skręcają z wewnętrznego nie patrząc czy na zewnętrznym ktoś nie porusza się prosto w ich kierunku.
Kiedy próbujemy robić zakupy, czujemy się jak mieszkańcy zatłoczonych azjatyckich miast. Jednak czy to źle? Wydaje się, że nie. Po pierwsze ze względu na zmniejszająca się drastycznie liczbę wolnych miejsc, mamy więcej okazji by się dotlenić przechodząc na drugą stronę miasta w poszukiwaniach własnego auta, niż gdybyśmy podjechali pod samą witrynę sklepową. Poza tym na drodze czeka nas wiele niespodziewanych sytuacji, przez co możemy zapomnieć o monotonii i poczuć dreszczyk emocji po raz kolejny gwałtownie wciskając z całej siły hamulec, delikatnie zaciskając dopiero co wyleczone zęby.

 Dzisiaj w domach wielu osób, na rodzinę nie przypada jeden samochód, a kilka, czasami nawet jeden na każdego członka. To sprawia, że coraz częściej na drogach możemy spotkać tzw. "dzieciaka". Trudno go jednoznacznie scharakteryzować. Rozdzieliłbym tą grupę na dwie podgrupy, które łączy wspólna cecha... brak doświadczenia. Nigdy nie wiesz co do końca zrobi, wkurzają go nauki jazdy mimo że sam jeszcze kilka dni temu ją jeździł. Wiele drogowych sytuacji go przerasta a mimo to uważa się za lepszego od starszych kierowców. A propos starszych kierowców... W połączeniu z kierowcami weekendowymi stanowią poważne zagrożenie. Na początku czerwca br. jadąc na widok, widziałem na skrzyżowaniu właśnie takiego Pana. Poruszał się starym oplem na czarnych blachach co oznacza, że nie lubi zmian. Jednak drogi się zmieniają, ruch jest coraz większy i ten sympatyczny Pan próbował skręcić w lewo, musiał w tym celu przepuścić wszystkich z naprzeciwka i zdążyć przed kierowcami którym za chwilę zmieni się światło. Widać w aucie było zaparowane szyby, emocje zdecydowanie wzięły górę, dlatego nasz bohater zamknął oczy i postanowił przeczekać nalot na środku skrzyżowania.

Jest jedna grupa kierowców, która w takich sytuacjach na CB radiu ma ubaw "po pachy". Są to zawodowi kierowcy, a wśród nich przedstawiciele handlowi. Widzieli tyle sytuacji drogowych, że już praktycznie nic ich nie zaskoczy. Szczerze nienawidzą każdego kto stanie im na drodze. Całe życie gdzieś jadą, wszelkie zatory i wolni kierowcy wywołują u nich dreszcze i palpitacje serca. Richard podaje, że w przypadku handlowców ich auto przypomina biuro i jest połączeniem garderoby, w której walają się koszule, z typowym gabinetem ze sprzętem IT. Nie lepiej jest u kierowców tira, gdzie często ciężarówka została przebudowana na przenośny dom. Kiedy widzicie ich na drogach, nie próbujcie im udowadniać swojej wartości, po prostu nie wchodźcie im w drogę.

Na razie zająłem się tylko kierowcami aut, ale na użytkowników dróg składają się również inne grupy, dlatego aby moja opinia miała moc w starciu ze zdaniem drogowców należy przyjrzeć się również pozostałym użytkownikom z którymi dzielimy drogę.
O asfalt musimy walczyć również z rowerzystami? Czy ich lubimy? Czy oni lubią Nas? Zastanówmy się ... Odpowiedź na to pytanie jest o tyle trudna, że często sami zmieniamy perspektywę z której patrzymy na tą relację. Rowerzysta na pewno myśli inaczej niż kierowca. Dla niego zakaz wjazdu oznacza jedź chodnikiem! Kiedy widzi korek sprawdza jak wytrzymałe są twoje lusterka, natomiast skręcając w lewo szczerze w myślach zastanawia się czy był dobrym człowiekiem i nikt nie wpadnie na pomysł by go w tym momencie wyprzedzić. Jeśli nie jedzie rekreacyjne, a z przymusu możemy mu jedynie współczuć. Musi wyjechać wcześniej, rano zmarznąć, by po południu skwierczeć jak skrzydełka kurczaka na grillu. Jest często przywiązany do swojego roweru, a kiedy postawi się na chwilkę uwolnić, po powrocie często czeka na niego samo koło lub rama.

Pozostańmy jeszcze w temacie jednośladów - MOTOCYKLIŚCI to dla wielu osób zmora. By ich nie obrazić od początku wyrzucimy z tej grupy gimnazjalistów poruszających się na śmiesznych skuterach czy motorowerach, których dźwięk ma więcej wspólnego z twoją kosiarką odpoczywającą w szopie niż z rasowym ścigaczem. Motocyklista to człowiek, któremu w żyłach płynie wysokooktanowa benzyna, właściwie oni tak mówią o sobie, inni bardziej złośliwi nazywają ich natomiast materiałem na dawcę. Poruszają się zakrzywiając światło o przebijaniu się przez barierę dźwięku nawet nie wspominając, o rura wydechowa dla wielu z nich okazała się zbyt wielkim obciążeniem i zakłócała aerodynamiczne kształty ich nowego kasku. Błyskawicznie pojawiają się i jeszcze szybciej znikają w lusterkach niczym David Copperfield, czy dziennikarze z mediów narodowych,  a jedyna ich cecha charakterystyczna to umiłowanie do sauny. Tak właśnie do sauny, trudno sobie wyobrazić, że ich czarny skórzany strój przypominający strój członków Hells Angels jest przewiewny i lekki już chyba szybciej uwierzymy, że burka chroni przed słońcem

Na sam koniec zostawiłem kierowców autobusów, którzy są najbardziej miłą grupą kierowców. Nawet kiedy wymuszają pierwszeństwo szybko dziękują, przez co nie sposób się na nich gniewać. Z precyzją szwajcarskiego zegarka wyposażonego w funkcję studenckiego kwadransa po raz setny przemierzają nasze miasto wzdłuż i wszerz. Jedyne niebezpieczeństwo z nimi związane to dzieci, które ich śliniące w blasku słońca solarisy traktują za bezpieczny bufor umożliwiający przejście na drugą stronę ulicy, z każdej możliwej strony, więc drodzy kierowcy i kwiecie polskiej młodzieży uważajcie! Tą edukacyjną informacją chciałbym skończyć temat

Czy właściwie przejść do podsumowania, które będzie receptą dla leniwych, którzy nie zdołali przeczytać mojego krótkiego poradnika. Morał, który z niego wypływa zawiera się w jednym słownie uważajcie. Wracając natomiast do pytania ze wstępu, uważam, że ostrzeżenia drogowców zostały umieszczone na wyrost. Dziękuję, za to że wspólnie rozwiązaliśmy tą sprawę, a pod zdjęciem możemy umieścić tabliczkę z podpisem mit obalony

Pasy donikąd,


czy to kolejny drogowy absurd, czy może jednak przykład zdrowego rozsądku? 

Wczoraj wybrałem się z czworonogim przyjacielem na spacer. Z nieba na nasze głowy lał się żar. Unikając patrzenia w słońce, zauważyłem coś intrygującego. Przechodząc koło ulicy Spokojnej, moją uwagę przykuło lekko oddalone od chodnika przejście dla pieszych. W tym momencie narodziło się w mojej głowie pytanie, dlaczego? Czy jeżeli przejdę 50 cm obok, to ktoś z tego powodu ukarze mnie mandatem? Jaki jest sens robić pasy prowadzące na trawnik jakiegoś Pana, na którym co niektórzy wydeptali już ścieżkę. Zwłaszcza jeśli można było po prostu połączyć chodniki. Kto wie, być może osoba, która malowała pasy została pozostawiona bez nadzoru i miała dzięki temu rozwiązaniu bliżej po swoje drugie śniadanie. Mijały minuty i po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że sprawa nie jest taka jednoznaczna jakby mogło się wydawać. Porównałbym przedstawiony przykład do sytuacji kiedy pytamy przypadkowego przechodnia o to czy np. pomysł uzdrowiska, czy plaży w rynku to absurd. Okaże się, że dla jednego to głupota, ale dla kogoś zupełnie innego genialne rozwiązanie. Przy okazji wymieni różne argumenty, czy też kontrargumenty na podparcie swojej śmiałej tezy, by ostatecznie stwierdzić, że dzięki danemu pomysłowi dzieci zyskają nowe miejsce atrakcji w czasie wakacji. A przecież to bardzo ważne, by na pytanie znane z bajki Walta Disneya, Phineas and Ferb - co dziś będziemy robić?. Dzieci znajdowały lepszą odpowiedź niż grać na komputerze z nieznajomymi, czy demoralizować się pod sklepem. Ostatecznie tym argumentem wygra każdą debatę, ponieważ to dzieci są nasza przyszłością. I tym sposobem wróciliśmy do punktu wyjścia. Być może i w tym wypadku istnieje jakieś logiczne rozwiązanie. Po dłuższym namyśle wpadłem na pewien pomysł… - wyobraźmy sobie typowego pieszego z torbą w ręku, okularach przeciwsłonecznych na nosie i słuchawkach na uszach, który powoli zbliża się w stronę pasów. Wydaje mi się, że kiedy pieszy widzi pasy, reaguje jak kierowca który widzi kawałek prostej drogi. Uważa, że nic złego go nie może spotkać i wyłącza lampki ostrzegawcze, zachowując przy tym takt przebiegającej przez drogi zwierzyny. Pasy są dla niego przedłużeniem chodnika. Oazą, w której nie czyha żadne niebezpieczeństwo. Czasem okazuje się, że nasz bohater się myli i w tym momencie jesteśmy świadkami przełomowego wydarzenia zmieniającego zdanie na temat bezpieczeństwa na drodze, a mianowicie WYPADKU. Niestety pieszy zapomina, że wchodząc na asfalt staje się w tym momencie gościem i jako gość powinien czekać na zaproszenie gospodarza. Natomiast najczęściej wciela się w rolę tajemniczego wędrowca, który wie, że czeka na niego miejsce przy wigilijnym stole, stąd bez wewnętrznych dylematów, jest wstanie przerwać rodzinną atmosferę i wprosić się na wigilię. Wiedzą o tym najlepiej kierowcy, którzy z różnych uliczek przecinają drogę rowerą i chodnik na ulicy Armii Krajowej. Tam doskonale zdajemy sobie sprawę, że widok rozpędzonego kolarza nie powinien nas zaskoczyć, jednak sytuację można porównać do publiczności przypatrującej się występowi iluzjonisty. Mimo, że spodziewamy się finału triku, to kiedy on nadchodzi jesteśmy zaskoczeni. Warto chociażby wspomnieć gwoździa programu kilka dni temu w jednym z programów śniadaniowych. Na każdym kroku mierzymy się ze wzrokiem rozwścieczonego rowerzysty, któremu zaniżamy statystyki na endomondo, ponieważ to właśnie przez nas musiał się zatrzymać, tracąc szansę by pokonać czas swojego znajomego. Większy problem jest z rolkarzem, który rozwiązywał właśnie w głowie traktat filozoficzny na temat "czy jest bardziej pieszym z kółkami czy rowerzystą bez pedałów". A my naszym lśniącym autkiem, przerwaliśmy jego sielankową atmosferę wyraźnie wyprowadzając go z równowagi. Dlatego uważam, że to proste, lecz genialne w swojej prostocie rozwiązanie jest idealną receptą na tego typu problemy. Skłania w tym wypadku pieszego do postawienia sobie sparafrazowanego Szekspirowskiego pytania wejść czy nie wejść o to jest pytanie. A co najważniejsze cała sytuacja ma miejsce już za plecami czekającego na włączenie się do ruchu kierowcy. Dzięki czemu, kiedy kierowca zastanawia się czy nie wyjedzie komuś prosto pod koła, może wyrzucić z tylu głowy myśli o rozpędzonym rowerzyście, który wykona kaskaderski skok przez jego maskę. A temat jest o tyle warty zainteresowania, że z dnia na dzień, w naszej najbliższej okolicy, powstają kolejne drogi rowerowe i chodniki, które odseparowują rowerzystów i pieszych, od innych użytkowników dróg. Jednak, kiedy nasze interesy się wzajemnie krzyżują, każdy chce w tym związku decydować. Kluczowe jest, by doceniać każde rozwiązanie, które częściowo pozwoli na uniknięcie domowych sprzeczek. Dlatego, na koniec zwracam się z prośbą do drogowców by każde przejście, o ile jest to tylko możliwe do wykonania, było zlokalizowane względem chodnika czy drogi rowerowej właśnie w ten sposób.